SZACUNEK I UZNANIE

15 stycznia 2018
brak komentarzy
568 wyświetleń

 

Wieńczysław przyszedł do pracy wypoczęty, uśmiechnięty i jakiś taki rześki, że ludzie w biurze mieli wrażenie, jakby weszły z nim promienie jesiennego słońca. Takie ciepłe, delikatne, a zarazem jasne i miłe.

Nie czekał na to, aż asystentka zrobi mu zwyczajową kawę ze spienionym mlekiem i ulubione kanapki z szynką parmeńską, tylko sam sprężystym krokiem poszedł do kuchni. Asystentka przybiegła zaraz za nim i już miała podstawiać kubek pod ekspres do kawy, kiedy Wieńczysław dał jej znak, żeby się powstrzymała. Wykonał dłonią znak „stop” i zamknął przy tym oczy. Wyglądał wtedy jak mistrz Zen, brakowało mu tylko białych, powiewających na wietrze szat i siwej brody. Na twarzy miał spokój i taki promienny, delikatny uśmiech mówiący: „Spokojnie. Idź swoją drogą.”

Nie zaparzył sobie kawy. Za to wyciągnął z kieszeni spodni torebkę foliową z zieloną herbatą. Łyżeczką nasypał trochę do szklanki i zalał gorącą, ale nie wrzącą wodą.

Asystentka patrzyła na niego z lekkim zdziwieniem. Jeszcze nie widziała, żeby jej szef parzył sobie herbatę. Zawsze pił kawę. No owszem w ciągu dnia robiła mu herbatę z cytryną albo owocową, ale nigdy zielonej.

Na jej twarzy widocznie malowało się zdziwienie, bo Wieńczysław wziął łyk herbaty, skrzywił się przy tym mocno, bo niezbyt mu smakowała, ale za chwilę powiedział do asystentki: „Życie to zmiana.” Jeżeli nie zmieniamy siebie i wszystkiego co znamy, przestajemy się rozwijać. Nie chcę się skazywać na bycie mrówką.”

– „Na co?” – zdziwiła się asystentka.

– Widzisz, jeżeli zaakceptujemy to, co mamy i będziemy codziennie robić tylko to, do czego przywykliśmy i co przychodzi nam z łatwością, to zamieniamy się w stado mrówek, które żyją wyłącznie po to, aby zapewnić swojej królowej godne warunki życia i bezpieczeństwo. Jeżeli przyjmiemy taką rolę i zgodzimy się z nią, to już nigdy nikt z nas nie będzie mógł zostać królową.”

Asystentka zaniemówiła. Najwyraźniej rola mrówki a nie królowej zdecydowanie jej odpowiadała. Otrzymywała co miesiąc swoje wynagrodzenie, pracowała w dobrej firmie, utrzymując z jednej strony prestiż a z drugiej bardzo duże poczucie bezpieczeństwa. Po co miała się przeciskać przez ten tłum ludzi, wystawiać na stres i konflikty? Co więcej, kiedy dochodziło do redukcji etatów, zmian na wyższych stołkach, to akurat ona jako ceniona asystentka mogła spać spokojnie. Dużo wiedziała o firmie, a każdy nowy dyrektor chciałby mieć taką asystentkę jak ona. Nie musiała się więc martwić o to, że ktoś nagle ją zwolni.

Wieńczysław wziął swoją herbatę i wrócili razem do biura. Wyszedł na ich działowy open space i spytał: „Kto jest chętny zmienić coś w swoim życiu?”

Ludzie podnieśli wzrok, ale jakoś nikt się nie kwapił do zmian. Nie było chętnych. Zza którejś z szafek doleciały tylko ciche dźwięki piosenki płynącej z radia – „Poczuj luz. Muzyką wypełnij dzień. To antidotum na stres. W pogoni za wyobraźnią oddychaj marzeniami.”

– „Słuchajcie. Postanowiłem, że od dzisiaj muszę coś zmienić w swoim życiu. Podjąłem decyzję, że od dzisiaj nie jem mięsa, nie piję kawy, nie będą jadł tylu słodyczy co do tej pory i jeszcze w tym roku przebiegnę półmaraton. A mam na to pół roku, żeby się przygotować. Wiem, że to duże wyzwanie i pewnie nie będzie łatwo, ale decyzja podjęta i potrzebuję do tego partnerów. Wiem, że samemu trudno jest się motywować i potrzeba wsparcia. Jest wiele pokus, które kuszą i zabierają motywację, ale im nas będzie więcej, tym większą będziemy mieli siłę.”Wtedy ludzie zaczęli używać tych swoich wymówek i różnego rodzaju alibi. A to dzieci w szkole, a to obowiązki i nadmiar pracy, a to kłopoty ze zdrowiem i bóle kręgosłupa, a to ogólne przepracowanie i inne zajęcia typu kurs języków obcych, itd. Jednym słowem Wieńczysław został sam. Trochę mu się zrobiło przykro, że nie miał w zespole nikogo, kto chciałby go wesprzeć w tych wyzwaniach. Z drugiej strony to nakręciło w nim taką ochotę, żeby właśnie teraz udowodnić tym wszystkim zgnuśniałym, zapatrzonym w swoje spokojne pudełka z codzienną porcją życia, wysuwającą się ze szparki w ścianie, że zrobi tak, jak zaplanował. Uśmiechnął się i powiedział: „Dobra. Jak chcecie. Zawsze możecie się dołączyć. Ja zaczynam już dzisiaj. Dbanie o zdrowie, o kondycję fizyczną. O to, że za każdym razem kiedy będę wstawał z łóżka będę wiedział, że jest przede mną jeszcze coś więcej niż odhaczenie służbowych obowiązków i obejrzenie wieczornego filmu.”

Wieńczysław nabrał takiego wiatru w żagle, zwłaszcza że w ciągu miesiąca schudł 4 kilogramy i zaczął przebiegać już dystans ponad 3 kilometrów, podczas kiedy pierwsze trasy o mało nie skończyły się jego zgonem po 1,5 km. Nabrał siły, dotlenił płuca i cały organizm. Przekombinował swoje obowiązki tak, że miał więcej czasu na poranne bieganie 3 razy w tygodniu. Dodatkowo w weekendy chodził z rodziną na basen. Czuł się świeży i rześki niczym nastolatek.

Któregoś dnia wbiegł do biura, rzucił torbę na krzesło i zawołał wszystkich na spotkanie.

Był tak podekscytowany, że nie mógł doczekać się, kiedy zaczną.

Zakomunikował wszystkim, że wpadł na pomysł uruchomienia w firmie specjalnego elektronicznego systemu lojalnościowego dla klientów. Mówił z taką energią i werwą, że ludzie uśmiechali się, słuchając. Wszyscy znali jego podekscytowanie, którego faktycznie już dawno nie widzieli. Potrzebna była tylko akceptacja działu marketingu, bo system musiał zostać sfinansowany z pieniędzy marketingu. Ale Wieńczysław był przekonany, że Marketing zgodzi się na takie narzędzie. W końcu na pewno przyniesie to rezultat.

Niezależnie od tego miało być to połączone z silną promocją ich produktów w internecie.

Piękne perspektywy roztaczały się przed firmą Wieńczysława przy zaprzęgnięciu do pracy narzędzi pochodzących z Marketingu 4.0. Wystarczyło postawić tylko firmowy kanał na Youtube i zacząć kręcić ciekawe firmy.

Wieńczysław pobiegł do Marketingu opowiedzieć im o wszystkim. Nie było go dosyć długo. Wrócił dopiero wtedy, kiedy nie było już nikogo w biurze. Dopiero na drugi dzień wszyscy dowiedzieli się, że doszło w Marketingu do takiej chryi, że całe piętro aż dudniło. Tak się wszyscy pokłócili, że darli się na siebie ile siły w gardle. Sprawa obiła się o Zarząd. Mało brakowało, a doszłoby do mordobicia. Dlaczego? Ponieważ Marketing, który jest przecież od tego, żeby wymyślać jakieś nowe możliwości rozwoju i sprzedaży produktów, nowe kanały komunikacji i systemy przywiązujące klientów do firmy wyśmiał pomysł Wieńczysława jako nierealny. Wieńczysław nie wytrzymał wtedy nerwowo i zrobił tam taką zadymę, że mało budynek w powietrze nie wyleciał. Następnie pobiegł prosto do Prezesa. Nie chciał odpuścić. Nie poszedł się skarżyć, ale skoro dyrektor Marketingu nie uznał za stosowne podjąć dyskusji o pomyśle Wieńczysława, to nie pozostawało nic innego, jeżeli pomysł miał w jakikolwiek sposób zostać zrealizowany.

Prezes już znał Wieńczysława na tyle, że wiedział, że nie będzie tutaj dyskusji. Wieńczysław jest przekonany o sukcesie swojego pomysłu i broni go zażarcie. Nie będzie szedł na żadne kompromisy, a jeżeli pomysł nie zostanie zrealizowany, gotowy jest nawet rzucić papierami.

Prezes wysłuchał rekomendacji Wieńczysława, ale kiedy zaczęli rozważać koszty i potrzebne do realizacji tego projektu zasoby, okazało się, że to wcale nie będzie takie proste.

Wieńczysław wrócił zatem do siebie. Czuł się pokonany. Stracił zapał i chęć robienia czegokolwiek. Nie miał pieniędzy w budżecie, żeby sfinansować takie narzędzie. Poza tym to nie on był od takich projektów. To ten pieprzony Marketing miał to zrobić. Tam siedzą te rozleniwione mrówki i grzebią sobie dołki w piasku, żeby nikt ich nie ruszył. Niestety był bezsilny, wkurzony i pokonany.

Mijały kolejne tygodnie. Wieńczysław nie odpuszczał jednak ani swoich zmian życiowych, ani zawodowych. Cały czas drążył temat. Powoli, tak jak kropla drąży skałę.

Przyszedł czas półmaratonu. Nadeszła marcowa niedziela. I start. Półmaraton Warszawski. Wieńczysław wystartował z numerem 5426, a wszystkich było ponad 12000. Było to pierwsze tego typu wyzwanie dla Wieńczysława. Morderczy bieg. Źle rozłożył siły i pomimo dosyć dobrego przygotowania kondycyjnego po 6 kilometrach spuchł tak, że musiał przejść blisko kilometr pieszo, powstrzymując się od położenia się na asfalcie. Ostatecznie dobiegł do mety na miejscu 2633 z czasem 1:49:06. Jak na pierwszy tego typu bieg, to był bardzo dobry czas. Cieszył się jak małe dziecko. Że dobiegł. Miał po drodze kryzys. Nie wiedział z czym się mierzy. Na treningach zawsze biegał krótszy dystans do 10 km. Ale dał radę i to wcale nie najgorzej mu poszło.

Na drugi dzień w pracy wszyscy wiwatowali na jego cześć. Gratulowali, poklepywali po plecach. Postawili nawet bezalkoholowego szampana. Wieńczysław był szczęśliwy. Osiągnął to co chciał. Wygrał sam ze sobą. Od czasu postanowienia schudł blisko 12 kg. Na początku trudno mu było przebiec kilometr, a teraz przebiegł 20. To pokazało i jemu i wszystkim, że jeżeli ma się upór w działaniu, to zawsze dochodzi się do celu.

Na koniec dnia, kiedy większość ludzi już wyszła z biura, do Wieńczysława weszły cztery osoby. Poprosili, żeby pomógł im również zmobilizować się do zmiany. Też chcieli schudnąć i zacząć dbać o zdrowie. Usiedli wszyscy i jeszcze długo rozmawiali. Wszyscy podekscytowani, z nową energią wychodzili do domu. Padły już pierwsze deklaracje, że trzeba kupić buty, ciuchy do biegania. Ustalili już nawet pierwszy termin wspólnego treningu.

Następnego dnia dowiedzieli się o tym inni pracownicy. I każdego dnia jedna lub dwie osoby dopisywały się do listy. Więcej niż połowa zaczęła biegać, chodzić z kijkami albo po prostu chodzić na spacery. Z czasem zaczęli sobie ustawiać wewnętrzne rozgrywki na schudnięcie, na biegi i konkretne dystanse do przebiegnięcia. Wieńczysław stał się firmowym mobilizatorem. Stał się wzorem dla wielu ludzi, nawet dla tych młodszych. Kiedy mijali go na korytarzu, uśmiechali się, podchodzili, gratulowali. W kolejnym półmaratonie już 8 osób z firmy wzięło udział. Z różnym skutkiem. Ale wzięli. Biegli. Cieszyli się jak dziecko, które dostaje na gwiazdkę pierwszy swój zestaw klocków lego, a w dodatku jest to wymarzony Smok Ognia.

W kolejnym biegło już 14 osób. I naprawdę dobrze im poszło. Zaczęły się wyjazdy na inne maratony. Produkowanie firmowych koszulek, zdobywanie kolejnych medali. Sport nakręcał ludzi, jak zegarki. Wieńczysław zdobył uznanie w firmie. Niewątpliwie potrafił motywować ludzi do pracy, przełamywać bariery i schematy. Okazało się, że dzięki takiemu usportowieniu ludziom łatwiej się pracowało, szybciej realizowali swoje zadania. W firmie nawet powstał taki nieformalny układ, że jeżeli ktoś z grupy biegającej przychodził załatwić gdzieś jakąś sprawę, to załatwiał ją od ręki, podczas gdy inni musieli zaczekać chwilę dłużej. Pomagali sobie, wspierali się. Powstał „korupcyjny” układ, w którym korumpowali się nawzajem uprawianiem sportu i uczestniczeniem w maratonach i zawodach sportowych. Kto był spoza układu, miał gorzej.Pewnego dnia Prezes poprosił Wieńczysława na rozmowę. Usiedli przy stole, Prezes zaproponował kawę, ale Wieńczysław odmówił. Poprosił o szklankę wody.

– „Widzę, że jest Pan wierny swoim przekonaniom i priorytetom.” – Uśmiechnął się. – „mam pytanie. Czy chce Pan nadal zrealizować ten pomysł z programem lojalnościowym dla Klientów?”

– „Panie Prezesie. Ja od tamtego czasu mam już kilka nowych pomysłów, które powinniśmy zrealizować, ale dopóki nie mam z kim o tym porozmawiać, bo wszyscy chowają głowę w piach, to nawet o tym nie wspominam.”

– „A jak według Pana najlepiej byłoby to zrobić, żeby nie dochodziło pomiędzy Sprzedażą, a Marketingiem do takich sprzeczek, jak to miało miejsce jakiś czas temu?” – Spytał Prezes.

– „ Uważam, że nadszedł wreszcie czas na zrobienie ogromnej zmiany w tej firmie. Uważam, że powinniśmy połączyć Dział Sprzedaży i Dział Marketingu w jeden wspólny dział. Kiedy są oddzielnymi działami, nigdy nie osiągniemy synergii w działaniu. A czasem działania jednych wykluczają działania drugich i na odwrót.” – Odpowiedział Wieńczysław bez zastanowienia.

– „To rzeczywiście duża zmiana. Nigdy wcześniej nie braliśmy tego pod uwagę. Nie widziałem do tej pory nikogo, komu mógłbym zaufać i powierzyć przeprowadzenie takiej zmiany.” – Powiedział Prezes i spoważniał. – „Ale uważam, że Pan, Panie Wieńczysławie, jest odpowiednią do tego osobą. Dlatego, jeżeli chce Pan podjąć się tego wyzwania i ma Pan pomysł, jak by to mogło wyglądać, to proponuję, żeby się Pan zajął taką zmianą. Póki co proponuję Panu stanowisko Dyrektora połączonych działów, a jeżeli to wszystko się powiedzie, to chciałbym, żeby zarządzał Pan tym dużym działem, ale już w randze Członka Zarządu.”

Tego dnia Wieńczysław wracał do domu uskrzydlony. Wiedział, że zadanie nie jest łatwe. Prawdopodobnie będzie się wiązało z wymianą wielu osób, bo wiedział już, że musi pogonić tych rozlazłych krakersożerców, wzmocnić Marketing ludźmi, którzy znają się na nowoczesnych narzędziach, a nie tylko na plakatach i ulotkach. Tej nocy nie mógł zasnąć. W domu zrobił wystawną kolację z dobrym winem i krewetkami. Długo rozmawiał z żoną, nie mógł się uspokoić. Żona uwielbiała, kiedy był taki nakręcony. Tryskał energią i radością i nie tylko. Mógłby góry przenosić. Mógłby zrobić wszystko. Byli szczęśliwi. I wiedzieli, że na pewno wszystko się uda, nie wspominając nawet o pieniądzach, bo jako dyrektor obu działów, a potem Członek Zarządu Wieńczysław miał zarabiać grubą kasę. To był wielki sukces, zarobiony uczciwie. Walką, uporem, konsekwencją i radością zmieniania. No bo imię przecież do czegoś zobowiązuje. Prawda? A tym bardziej nazwisko.

Łukasz Kuciński

 

 

Prezes Zarządu AMS PRESTIGE Sp. z o.o.

Akademia Menedżera Sprzedaży

lukasz.kucinski@biznesplus.pl

608464555

 

 

 



brak komentarzy


Zostaw komentarz